Trzy lata.
Farma.
Zardzewiała blacha.
Elena oparła się o stół, żeby nie upaść.
— Czy pamiętasz coś jeszcze? — zapytała ze łzami w oczach.
Andriej zamknął na chwilę oczy.
— Zapach gotowanej kukurydzy. I… głos. Głos, który krzyczał „Matei!”.
Łyżka znowu wypadła mu z ręki.
Elena przestała płakać. Trzęsła się.
— Matei — powiedziała powoli. — Tak masz na imię. Tak cię nazywam od dwudziestu lat.
Andriej stał nieruchomo.
— Co mówisz?
Elena podwinęła rękaw. Na przedramieniu miała mały, stary tatuaż, zatarty przez czas: „Matei — 2000”.
— Zgubiłem cię na jarmarku. Szukałem cię, aż straciłem mowę. Masz bliznę po słupku ogrodzeniowym przy stoisku z kukurydzą. Związałem ci rękę rogiem szalika.
Kamera zdawała się kręcić.