Noszę limitowane edycje sneakersów, zanim ktokolwiek inny. Mój telefon zawsze był najnowszym modelem, zawsze aktualizowanym. Mieszkałem w willi z tak dużymi sufitami, że mój głos powracał, gdy krzyczałem. Ale nikt nie był tam, by to usłyszeć.
W szkole wypełniałem tę pustkę hałasem. A Lucas Miller był moim ulubionym celem. Lucas — biedny chłopak na stypendium. Jego mundurek był wytarty od wielu prań. Rękawy były lekko za krótkie, odsłaniając nadgarstki, które wyglądały na zbyt cienkie. Jego plecak był rozdarty na szwach.
Jego brązowa torba na lunch zawsze była pomięta, plamiona tłuszczem, które opowiadały historie prostych posiłków. Każde przerwy odprawiałem ten sam rytuał. Chwytałem torbę z jego dłoni. Wskakiwałem na stół. Podnosiłem ją wysoko.
„Zobaczmy, co przyniósł dziś chłopak z pomocy społecznej!” Śmiech rozchodził się. Lucas nigdy się nie bronił. To ułatwiało sprawę. Po prostu stał tam, oczy błyszczące, szczęka napięta, znosząc to jak złą pogodę.
