Brama cicho zaskrzypiała, a w progu pojawił się mężczyzna, nienagannie ubrany, z tym zimnym spojrzeniem, które znał aż za dobrze. Ale kiedy jego wzrok zatrzymał się na bliźniakach, jego twarz się zmieniła. Zbladł, a potem nagle poczerwieniał.
— Co… co to jest?
Andreea uniosła brodę.
— To twoje dzieci.
Cătălin i Radu instynktownie schowali się za nią, czując napięcie w powietrzu. Mężczyzna wyglądał, jakby ktoś wyrwał mu podłogę spod stóp.
— Czy… czy uciekłaś w ciąży?
— Uciekłam, żeby ich chronić. I żeby chronić siebie. A teraz przyszłam ci powiedzieć jedną bardzo prostą rzecz: już nigdy nie wejdziesz w nasze życie.
Zrobił krok naprzód, ale ona uniosła rękę, powstrzymując go.
— Nie przyszłam po pieniądze. Nie przyszłam cię o nic prosić. Przyszłam tylko po to, żebyś zobaczył, co straciłeś. I żebyś nie odważył się znowu nas szukać.
Mężczyzna próbował znaleźć słowa, ale Andreea nie dawała mu więcej czasu.
— Siedem lat temu powiedziałeś mi, że jesteś gotów oddać dziecko dla własnego dobra. Nie poddałam się. A to, co tu widzisz — dwoje dobrych, zdrowych, czystych dzieci — jest owocem mojej miłości, a nie twojej niefrasobliwości.
Po czym zwróciła się do chłopców.