Rodzice zmarli, gdy była jeszcze dziewczyną: ojciec, gdy miała piętnaście lat, matka dwa lata później. Jedyna ciotka, która ją wychowywała, wyprowadziła się do Arizony z powodów zdrowotnych, zostawiając Jenny jedynie kilka telefonów i sporadyczne listy. Pewnego październikowego dnia Jenny zauważyła chłopca.
Nie miał więcej niż dziesięć lat, drobny, z uważnymi oczami, które wydawały się obserwować świat, nie dając się łatwo poznać. Zawsze siedział w najdalszym kącie dineru, z plecakiem założonym obok siebie i otwartą książką przed sobą. Pierwszego dnia zamówił tylko szklankę wody – podała mu ją z uśmiechem i papierową słomką. Odpowiedział prostym skinieniem głowy. Drugiego dnia zrobił to samo, trzeciego, czwartego… wkrótce Jenny zauważyła jego rytuał.
Każdego ranka pojawiał się o 7:15, dokładnie 45 minut przed rozpoczęciem lekcji w pobliskiej szkole podstawowej. Czytał, popijając wodę, podczas gdy inni klienci zajadali góry naleśników, jajek i bekonu. O 7:55 zamykał książkę, dziękował i wychodził, nie dotykając niczego więcej.