Kopała w suchej ziemi bez nadziei — aż odkryła wodę i odmieniła los swój oraz całej wioski

Sąsiedzi zaczęli schodzić się jeden po drugim. Najpierw ciekawi. Potem milczący. W końcu zawstydzeni.

Ciotka Ioana podeszła do krawędzi wykopu i przeżegnała się drżącą ręką.

— Czegoś takiego nie widziałam tu od dzieciństwa — wyszeptała.

W kolejnych dniach, z pomocą kilku mężczyzn ze wsi, pogłębiono dół i umocniono go drewnem. Powstała studnia — głęboka, chłodna, niewysychająca nawet w największy upał. Ludzie przychodzili z wiadrami, a Maria nikogo nie odpędzała.

— Bierzcie, ile potrzeba — mówiła spokojnie. — Woda nie jest tylko moja.

Z wodą zmieniła się ziemia.

Kukurydza rosła prosto i zielono. Fasola wspinała się po palikach. Dynie pęczniały, okrągłe jak spełnione obietnice. Dom był naprawiany powoli — bez wielkich pieniędzy, za to z ogromnym wysiłkiem. Dach przestał przeciekać. Drzwi wreszcie się domykały.

Maria sprzedała pierwsze plony na niedzielnym targu. Nie wzbogaciła się. Ale miała dość. Dość jedzenia. Dość na czyste ubrania. Dość, by jej córki nie zasypiały głodne.

Lata mijały.

Dziewczynki dorastały. Uczyły się czytać i pisać. Uczyły się też, że upór, gdy rodzi się z miłości, nie jest wadą.

A zapomniana przez wszystkich ziemia stała się miejscem, o którym ludzie mówili szeptem: