Andreea podeszła do okna.
Na podwórku dzieci wciąż się śmiały, nie wiedząc, jaka burza właśnie przeszła przez dom.
Poczuła gulę w gardle.
Nie dlatego, że traciła Radu.
Ale dlatego, że straciła iluzję.
Odwróciła się.
— Impreza się skończyła.
Ludzie zaczęli cicho wychodzić.
Radu był ostatni w salonie.
— Czy naprawdę nie ma już nic do uratowania? — zapytał.
Andreea spojrzała mu prosto w oczy.
— Moja godność? Już ją uratowałam.
Tej nocy spał w pokoju gościnnym.
A ona, po raz pierwszy od wielu lat, spała spokojnie.
Bo willa nie oznaczała tylko murów.
Oznaczała szacunek.
A raz utraconego szacunku nie da się kupić za milion zl.