Umieściłem nowy preparat pod soczewką. Nastąpiła dokładnie ta sama sekwencja rozplątywania. Przeprowadziłem test po raz trzeci, używając zupełnie innej partii kontrolnej, tylko po to, aby wyeliminować możliwość zanieczyszczenia krzyżowego sprzętu.
O czwartej rano stałem w cichym, rozświetlonym laboratorium i obserwowałem degradację komórek nowotworowych. Dane były niepodważalne. Ścieżka była realna.
Ręce mi drżały, kiedy sięgnąłem do kieszeni fartucha i wyciągnąłem telefon. Przewinąłem do prywatnego numeru dr. Mitchella. Dzwonienie do kierownika wydziału przed świtem było szybkim sposobem na zwolnienie, jeśli sytuacja nie była poważna.
Nacisnąłem przycisk połączenia i przyłożyłem słuchawkę do ucha. Odebrała po czwartym dzwonku, jej głos był ochrypły od snu i irytacji, i zażądała, żebym powiedział, kto dzwoni.
Utrzymywałem spokojny głos.
„Doktorze Mitchell” – powiedziałem – „muszę natychmiast przyjść do laboratorium. Przeprowadzałem badanie receptorów limfocytów T na partii opornej. Łańcuchy białkowe ulegają degradacji. Rozpadają się od środka”.
Po drugiej stronie linii zapadła głęboka cisza. Irytacja zniknęła, zastąpiona ostrym, intensywnym skupieniem.
„Nie dotykaj próbki” – rozkazała. „Wychodzę natychmiast z domu”.
Przez dwadzieścia bolesnych minut przemierzałem laboratorium. Każda sekunda sprawiała, że moje nerwy stawały się coraz cieńsze. Co, jeśli źle zinterpretowałem dane wizualne? Co, jeśli sama mieszanina enzymów była wadliwa?
Drzwi do skrzydła w końcu się otworzyły. Doktor Mitchell weszła do pokoju w beżowym trenczu nałożonym na szare spodnie dresowe, z włosami spiętymi w niedbały, nieuczesany kok. Nie odezwała się do mnie ani słowem.
Przeszła prosto obok mojego biurka, rzuciła klucze na blat i usiadła przy mikroskopie elektronowym. Stanąłem pół metra za nią, wstrzymując oddech.
Spojrzała przez soczewki. Cisza w pokoju stała się głęboka. Minęło całe dziesięć minut.
Dostosowała powiększenie, przesunęła szkiełko i zbadała zdegradowaną materię komórkową. Przełączyła wyświetlacz cyfrowy na monitor pomocniczy, aby sprawdzić liczbowe tempo rozpadu. Obserwowałem, jak zmienia się jej postawa.
Napięcie w jej ramionach opadło. Doktor Mitchell powoli odchyliła się na krześle, zdjęła okulary do czytania i pozwoliła im zwisać z łańcuszka na szyi. Potem odwróciła się do mnie twarzą.
Surowy, nieprzejednany wyraz twarzy, który zazwyczaj miała, zniknął. Spojrzała na mnie z cichym, głębokim szacunkiem.
„Evelyn” – wyszeptała, a jej głos ledwo przebił się przez szum maszyn – „czy rozumiesz, co właśnie znalazłaś?”
Skinąłem głową, nie mogąc ułożyć sensownego zdania. To właśnie tego rodzaju odkrycie wyzwala mroczną, brzydką stronę medycyny akademickiej. W wielu prestiżowych instytucjach starszy naukowiec wziąłby taki przełom, ogłosiłby go swoim i ukrył nazwisko asystenta w maleńkiej sekcji podziękowań na końcu raportu.
Mój ojciec zrobiłby dokładnie to samo. Ukradłby osiągnięcie i uzasadniłby je jako swoje prawo, powołując się na hierarchię. Ale dr Mitchell wstał, podszedł do tablicy suchościeralnej na przeciwległej ścianie, wziął czarny marker i wymazał fragment naszych cotygodniowych notatek z harmonogramu.
Dużymi, pogrubionymi literami napisała tytuł naszego nowego podprojektu. Pod tytułem napisała:
Główny badacz: Evelyn Davis.