Ceremonia trwała dalej, ale mój świat, po raz pierwszy od wielu lat, wracał na swoje miejsce.
Nie byłam już kadetką, która się „poddała”.
Nie byłam już hańbą rodziny.
Byłam Simoną Ionescu – pułkownikiem, córką i wreszcie częścią rodziny, która uczyła się najtrudniejszej lekcji: czasami prawdziwy honor widać nie na mundurze, ale w sercu.
A dla mnie było to warte więcej niż jakikolwiek stopień, medal i historia opowiadana przy niedzielnym obiedzie.