Camille stała nieruchomo, zaciskając usta.
Zanim wyszłam, spojrzałam na dwoje młodych ludzi – dziecko, które wychowywałam w pocie czoła, i kobietę, o której kiedyś myślałam, że go uszczęśliwi.
„Mam nadzieję, że kiedy mówisz „przepraszam”, to dlatego, że naprawdę tak myślisz” – powiedziałam cicho. „A nie dlatego, że boisz się utraty kontraktu czy statusu”.
Nikt nie odpowiedział.
W świetle lampy na stole odbijała się moja twarz – spokojna. Nie gniewna, nie gorzka.
Odwróciłam się i wyszłam z Sebem.
W drodze do domu miasto płonęło – wieże niczym szklane bloki na tle nocy, rzeka ciemna i niespokojna pod każdym mostem. W samochodzie Seb milczał, dając mi przestrzeń do namysłu.
Po chwili powiedział cicho: „Postarałaś się, Mabel. Jestem z ciebie dumny”.
Wyjrzałam przez okno, a na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. „Może w końcu zrozumiałam to, co wiedziałeś od dawna – że cisza może być silniejsza niż słowa”.
Skinął głową i odnalazł moją dłoń, delikatnie ją ściskając.
Tej nocy nie czułam się zmęczona. Może dlatego, że po raz pierwszy od lat wyszłam z konwentu.