Ledwo mogłam oddychać. Nie wymawiałam tego imienia od pięćdziesięciu lat. Myślałam, że zapomniałam, ale wspomnienia nie umierają. One tylko śpią.
Staliśmy w milczeniu przez kilka minut, aż oklaski ucichły, a tłum rozszedł się w stronę strefy koktajlowej. Zauważyłam, że jego dłoń wciąż trzyma moją – ciepłą, stabilną, jakby w ogóle nie minęły lata.
„Bardzo się zmieniłaś, ale twoje oczy nie” – powiedział delikatnie Seb, jego głos stał się głębszy i nieco szorstki ze starości. „Kiedy pastor odczytywał przysięgę, wciąż przygryzałaś wargę. Widziałam”.
Zaśmiałam się przez ściśnięte gardło, zawstydzona i wzruszona. „Pamiętasz takie rzeczy?”
„Niczego o tobie nie zapominam, Mabel. Zwłaszcza tego, co kiedyś nadawało życiu sens”.
Odwróciłam wzrok, ukrywając łzę, która spłynęła mi po policzku.
Gdy ludzie zaczęli się rozchodzić w stronę baru ogrodowego i tria jazzowego, Seb powiedział: „Chodź ze mną. Mam ci wiele do powiedzenia”.
Skinęłam głową.
Wyszliśmy z recepcji i poszliśmy do ogrodu za rezydencją, gdzie rzędy lawendy i starannie przycięte bukszpany pachniały wieczornym wiatrem. Za żywopłotami dostrzegłam w oddali światła Chicago, łagodną linię horyzontu ponad wypielęgnowanym bogactwem.
Głosy i śmiech ucichły, pozostawiając jedynie cichy chrzęst naszych butów na żwirze.
„Szukałem cię latami” – zaczął Seb, patrząc prosto przed siebie. „Tego roku pojechałem do Londynu na program biznesowy. Myślałem, że wyjadę na kilka miesięcy. Pisałem do ciebie dziesiątki listów, czasem jeden co tydzień, na twój stary adres domowy”.
Zatrzymałam się. Lekki wiatr musnął moje ramiona.
„Nigdy nie dostałam ani jednego” – powiedziałam cicho.
Seb odwrócił się, a w jego oczach pojawiło się zdziwienie i
Głęboki smutek. „Ani jednego. Żadnych telefonów, żadnych wiadomości?”
Pokręciłam głową. „Ani słowa. Myślałam, że o mnie zapomniałaś albo znalazłaś sobie kogoś innego. Mama mówiła mi, że jesteś typem człowieka, dla którego ważne są tylko pieniądze”.
Seb zamknął oczy, ciężko oddychając.
„Margaret” – mruknął. „Podejrzewałem”.