Kiedy odkleiłam papier, od razu zobaczyłam biały ceramiczny kubek, taki, jaki można znaleźć w koszu z przecenami przy kasie. Napis był wyrazisty i radosny, jak inspirujący cytat, który zaginął w drodze do drukarni i wrócił w złym tonie.
Osiągnąłem szczyt w łonie matki.
Moje palce zacisnęły się na klamce zanim zdążyłem je zatrzymać.
Mama zachichotała, odrzucając głowę do tyłu, a jej śmiech był zbyt głośny jak na żart. Tata uśmiechnął się ironicznie, jakby czekał cały tydzień, żeby zobaczyć, czy żart się powiedzie. Kay przechyliła głowę i uśmiechnęła się z sympatią, jaką ludzie okazują drobnym wypadkom samochodowym na poboczu drogi.
„O mój Boże” – powiedziała Kay, przeciągając słowa. „To takie w twoim stylu”.
Usłyszałem swój śmiech. Wyszedł on cienko i uprzejmie, jakbym został nauczony dobrych manier. Uniosłem kubek, żeby aparat Kay mógł go uchwycić. Zdołałem nawet powiedzieć: „Dziękuję”, bo co innego miałem zrobić? Rzucić nim? Płakać? Wyjaśnić, że żart się udał, bo wszyscy w tym pokoju już się zgodzili, że jestem w nim najmniej ważna?
„Widzisz?” powiedziała mama z zadowoleniem. „Potrafisz żartować”.
Chciałem zapytać, kiedy dokładnie dano mi wybór.
Zamiast tego ostrożnie odstawiłam kubek na stolik kawowy i objęłam dłońmi papierowy kubek z kawą, który zrobił się letni, gorzki i jakoś za słodki jednocześnie. Wpatrywałam się w drzewo i liczyłam sekundy między oddechami.
Mama znów zaklaskała. „Dobra, Kay. Otwórz swoje.”
Kay uśmiechnęła się natychmiast, jakby obiecano jej coś błyszczącego, jeśli będzie kontynuować przedstawienie. Chwyciła długie pudełko i rozerwała je z teatralnym zapałem. Chusteczki pofrunęły w powietrze. Telefon cały czas był skierowany na jej twarz.
W środku znajdował się brelok przymocowany do czerwonej satynowej kokardki.