Mark popchnął Caleba i Emmę do przodu. Oboje wylądowali ciężko w błocie po drugiej stronie. Ja rzuciłam się za nimi. Moje palce wbiły się w mokrą ziemię, ale połowa mojego ciała wciąż wisiała nad przepaścią, gdy most zaczął znikać spod nóg.
Kopałam nogami, szukając czegokolwiek. Nie znalazłam nic poza powietrzem. Spadająca konstrukcja pociągnęła mnie w dół jakby własnym ciężarem, jakby zasysała mnie do wąwozu.
Zaczęłam się zsuwać.
Wtedy poczułam, jak coś zaciska się na tyle mojej kurtki.
Zęby.
Ranger.
Ranger
Wgryzł się w materiał i wbił łapy w błoto, jakby jego życie zależało od tej jednej chwili. Warczał z wysiłku, ciągnąc mnie do tyłu z całej siły. Czułam, jak materiał napina się na plecach, jakby miał się rozerwać, ale Ranger nie puszczał.
Mark złapał mnie za ramię sekundę później.
Razem — mój mąż i mój pies — wyciągnęli mnie ponad krawędź wąwozu.
Upadliśmy w błoto. Dyszeliśmy. Trzęśliśmy się. Serce waliło mi w klatce piersiowej jak ptak uwięziony w klatce.