W końcu dotarłem do jedynego miejsca, które miało sens.
Cmentarza.
Wysokie sosny wznosiły się niczym strażnicy. Żelazna brama skrzypnęła przy otwieraniu.
Nie miałem kwiatów. Potrzebowałem tylko dowodu.
Zanim dotarłem do biura, głos mnie zatrzymał.
„Szukasz kogoś?”
Starszy mężczyzna opierał się o grabie przy szopie. Czułe oczy. Ostrożne.
„Mojego ojca,” powiedziałem. „Thomas Vance.”
Przyjrzał mi się uważnie, a potem pokręcił głową.
„Nie szukaj.”
Żołądek mi opadł.