Jego ton nie był już arogancki. Ani zły.
„Myliłem się” – powiedział. „Możemy porozmawiać?”
„Już rozmawialiśmy” – odpowiedziałam. „Tego dnia, kiedy odrzucono twoją kartę kredytową”.
Rozłączyłam się.
Rozwód został szybko sfinalizowany. Bez skandalu. Bez łez. Tylko podpisy i przelewy.
Kilka miesięcy później założyłam własny rumuński fundusz inwestycyjny w turystykę. Kupiłam stary pensjonat w Maramureszu i przekształciłam go w autentyczne miejsce z rzeźbionym drewnem, babcinym jedzeniem i wieczorami muzyki na żywo.
Na otwarciu siedziałam na tarasie, patrząc na śmiech ludzi. Rodziny. Dzieci. Proste, szczęśliwe pary.
Wtedy zdałam sobie sprawę, że nic nie straciłam.
To nie spalone imperium mnie definiowało.