Don Ernesto mocno zamknął oczy i molo na moment zniknęło.
Widział siebie ponownie w górach, lata temu, podczas nocnej operacji przeciwko komórce zbrojnej. Ziemia pachniała prochem i sosną. Strzały brzmiały jak świst batów. A on, Ernesto, wciąż młody, posuwał się naprzód ze swoim oddziałem, podczas gdy pies wyznaczał mu trasy, odczytywał strach w powietrzu, ratował mu życie, nie pytając o pozwolenie.
Potem eksplozja. Improwizowane urządzenie. Białe światło. Świat rozerwany na strzępy. Krzyki. Ziemia w pysku. I ostatni obraz: ciało psa rzucające się na niego, spychające go z linii uderzenia.