Walczyłem cztery godziny o życie 5-letniego chłopca
— Czy pani… jest lekarzem?
Teodora powoli skinęła głową, zbyt zmęczona, by cokolwiek powiedzieć.
W następnej sekundzie mężczyzna osunął się na kolana na asfalt.
— Uratowałaś moje dziecko… uratowałaś wszystko, co miałam na świecie…
Krewni pana młodego zamilkli. Pani Maria cofnęła się o krok, jakby ktoś wyrwał jej ziemię spod stóp.
— Jakie dziecko? — wyjąkała.
Mężczyzna ciężko wstał i odwrócił się do niej z ostrym spojrzeniem.
— Twój siostrzeniec. Syn twojego brata. Dziecko, które przywieziono do szpitala wczoraj w nocy, między życiem a śmiercią.
Zapadła ciężka cisza. Muzyka w holu wciąż grała radośnie, ale nikt na zewnątrz nie oddychał normalnie.
— Nie… to niemożliwe… — wyszeptał ktoś z tłumu.
— Cztery godziny stał z rękami we krwi mojego dziecka — kontynuował mężczyzna. Cztery godziny, w ciągu których mógł odejść, ale tego nie zrobił. Gdyby nie ona, jechalibyśmy teraz do kostnicy, a nie na ślub.
Pani Maria chwyciła za ramię krewnego. Jej twarz zbladła.