Ale to było. Głos powtórzył, słabo, z długimi pauzami:
„Kto… tam… jest?”
Kiedy dotarli przed chatę, stare drzwi wisiały na zardzewiałym zawiasie. Lia powoli uniosła rękę i pchnęła je. Długie skrzypnięcie przerwało ciszę, a w środku panowała ciemność, jedynie cienka smuga światła sączyła się przez szczelinę w dachu.
Na prowizorycznym łóżku, przykrytym starymi, tkanymi kocami, siedziała pomarszczona kobieta, chuda jak nić, ale żywa. Jej zamglone oczy podniosły się na postacie w drzwiach. A potem Lia poczuła, jak zapiera jej dech w piersiach.
— Ana…? — powiedziała, nie mogąc w to uwierzyć.
Staruszka powoli poruszyła głową, a kiedy jej wzrok spoczął na synu, dreszcz przebiegł jej przez ciało.
— Horațiu… przyszedłeś…?