Jej głos był niczym oddech, cienki strumień, który zdawał się lada chwila przerwać.
Horațiu trzymał się krawędzi drzwi, jakby cały świat wirował razem z nim. Nie mógł nic powiedzieć. Lia natomiast zrobiła krok naprzód i poczuła ściśnięte gardło. Fakt, że kobieta mieszkała tam osiem lat, przekraczał wszelkie wyobrażenia.
— Jak… jak ty przeżyłaś? — zapytała drżącym głosem.
Ana uśmiechnęła się słabo.
— Bóg… i las… dzieci góry… Nie pozwoliły mi umrzeć.
Dopiero wtedy Lia zauważyła w kącie pokoju trochę ściętego drewna, butelkę nalewki, słoiki z jeżynami i suszonymi grzybami. Ktoś przyniósł jej rzeczy. Ktoś się nią zaopiekował.
— Kto… kto był tu z tobą? — zapytała Lia.
Ana uniosła rękę i wskazała na okno.
— Ludzie tam na górze… wiedzą. Znaleźli mnie. Utrzymali mnie przy życiu. Powiedzieli mi, że pewnego dnia… wrócisz.
Ich oczy się spotkały i oboje poczuli zimny dreszcz przebiegający im po plecach. Leśnicy. Pasterze. Ci, którzy mieszkali na polanach na szczycie góry. Ludzie wycofani, ale z duszą, którzy nie pozostawiali nikogo na pastwę losu.
Horațiu upadł na kolana.