— Mamo… wybacz mi…
Ana patrzyła na niego długo z delikatnością, która raniła głębiej niż jakikolwiek wyrzut.
— Wstań, mój drogi. Gdybyś nie kochał… nie cierpiałbyś. A gdybyś nie cierpiał… nie przyszedłbyś.
Lia poczuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Przez lata żyła w strachu, że ich poczucie winy będzie się za nią ciągnęło przez całe życie. Teraz, patrząc na słabą staruszkę, po raz pierwszy poczuła ogromną ulgę, jak po silnej burzy.
— Chodź… zabierz mnie do domu… Chcę znów zobaczyć moją wioskę… — wyszeptała Ana.
Horațiu pobiegł, żeby ją podnieść, ale staruszka zatrzymała go lekkim dotykiem.
— Powoli. Nie mogę już przyspieszyć kroku. Ale chcę… iść o własnych siłach.
Wyszli razem z chaty. Zimny wiatr uderzał ich w twarze, ale wydawało się to inne. Jakby góra oddychała razem z nimi.
Kiedy dotarli do samochodu, na polanie pojawiły się dwie wysokie postacie w długich futrach i czarnych kapeluszach. Leśnicy. Stali na straży w cieniu, obserwując wszystko.
— Wróciliście — powiedział jeden z nich poważnym głosem. — Dobrze. A teraz zabierzcie ją do domu.
Horațiu podziękował im zawstydzony, a oni skinęli głowami, nie pytając o nic. Było jasne, że wiedzą więcej, niż chcieli powiedzieć.