Po rozwodzie wyszłam z niczym poza pękniętym telefonem i starym naszyjnikiem mojej matki – moją ostatnią szansą na opłacenie czynszu. Jubiler ledwo na niego spojrzał… a potem jego dłonie zamarły. Twarz mu zbladła. „Skąd to masz?” wyszeptał. „To mojej mamy” – powiedziałam. Cofnął się i wykrztusił: „Proszę pani… pan szuka pani od dwudziestu lat”. I wtedy otworzyły się tylne drzwi.

„Skąd to masz?” wyszeptał.

„To mojej mamy” – powiedziałem. „No cóż, tak było. Potrzebuję pieniędzy na czynsz, więc jeśli to coś warte…”

Zatoczył się do tyłu, uderzając stołkiem o ścianę. „Proszę pani…” Głos mu się załamał. „Pan szukał pani przez dwadzieścia lat”.

Raz się zaśmiałem, bo to brzmiało szalenie. „Chyba trafiłeś na niewłaściwą osobę”.

Ale wtedy otworzyły się tylne drzwi i wszystkie włosy na moich rękach stanęły dęba.

Z tylnego biura wyszedł mężczyzna, jakby przywołał go sam naszyjnik.