Był wysoki, barczysty pomimo wieku i ubrany w grafitowy garnitur, który prawdopodobnie kosztował więcej niż mój miesięczny czynsz. Jego srebrne włosy były starannie zaczesane do tyłu, a twarz miała ten twardy, opanowany wyraz, który widywałem tylko u sędziów i prezesów. Ale to jego oczy mnie przykuły. Szare, przenikliwe i nagle wpatrzone we mnie z takim szokiem, jakiego ludzie nie potrafią udawać.
Elliot pochylił głowę. „Proszę pana.”
Starszy mężczyzna zignorował go. Zrobił jeden powolny krok w moją stronę, potem drugi, jakby bał się, że zniknę, jeśli zrobi to zbyt szybko.
„Jak ma na imię twoja matka?” zapytał.
Każdy instynkt podpowiadał mi, żebym odszedł. Nic w tym wszystkim nie wydawało się normalne. Ale panika związana z czynszem ma dziwny sposób na to, żeby wisieć w niemożliwych rozmowach.
„Linda Bennett” – powiedziałem. „Dlaczego?”
Wyglądał, jakbym uderzył go w pierś. Sięgnął po szklany blat, żeby się uspokoić. „A twoje urodziny?”
Zawahałem się. „Siedemnasty sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku”.
Zacisnął szczękę. Elliot wpatrywał się w podłogę.