Po rozwodzie wyszłam z niczym poza pękniętym telefonem i starym naszyjnikiem mojej matki – moją ostatnią szansą na opłacenie czynszu. Jubiler ledwo na niego spojrzał… a potem jego dłonie zamarły. Twarz mu zbladła. „Skąd to masz?” wyszeptał. „To mojej mamy” – powiedziałam. Cofnął się i wykrztusił: „Proszę pani… pan szuka pani od dwudziestu lat”. I wtedy otworzyły się tylne drzwi.

Był wysoki, barczysty pomimo wieku i ubrany w grafitowy garnitur, który prawdopodobnie kosztował więcej niż mój miesięczny czynsz. Jego srebrne włosy były starannie zaczesane do tyłu, a twarz miała ten twardy, opanowany wyraz, który widywałem tylko u sędziów i prezesów. Ale to jego oczy mnie przykuły. Szare, przenikliwe i nagle wpatrzone we mnie z takim szokiem, jakiego ludzie nie potrafią udawać.

Elliot pochylił głowę. „Proszę pana.”

Starszy mężczyzna zignorował go. Zrobił jeden powolny krok w moją stronę, potem drugi, jakby bał się, że zniknę, jeśli zrobi to zbyt szybko.

„Jak ma na imię twoja matka?” zapytał.

Każdy instynkt podpowiadał mi, żebym odszedł. Nic w tym wszystkim nie wydawało się normalne. Ale panika związana z czynszem ma dziwny sposób na to, żeby wisieć w niemożliwych rozmowach.

„Linda Bennett” – powiedziałem. „Dlaczego?”

Wyglądał, jakbym uderzył go w pierś. Sięgnął po szklany blat, żeby się uspokoić. „A twoje urodziny?”

Zawahałem się. „Siedemnasty sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku”.

Zacisnął szczękę. Elliot wpatrywał się w podłogę.