Mężczyzna zamknął oczy na sekundę, po czym otworzył je ponownie. „Nazywam się Charles Whitmore”.
Nazwa ta nic mi nie mówiła, dopóki nie powiedział: „Whitmore Holdings”.
Nawet ja to wiedziałem. Nieruchomości, hotele, prywatne fundacje, ten rodzaj rodzinnego nazwiska, który wiąże się ze szpitalami i skrzydłami muzeów. Ten rodzaj pieniędzy, który istnieje w budynkach, a nie w portfelach.
„Nie rozumiem” – powiedziałem.
„Nie” – odpowiedział cicho. „Wyobrażam sobie, że nie”.
Zapytał, czy usiądę. Odmówiłem. Zapytał, czy chociaż go wysłucham. Powiedziałem, że mam dziesięć minut.
Opowiedział mi więc, że dwadzieścia jeden lat wcześniej jego syn, Andrew Whitmore, zakochał się w kobiecie o imieniu Linda. Nie w damie z towarzystwa. Nie w debiutantce. Studentce pielęgniarstwa, która pracowała na nocnych zmianach i wracała metrem do domu z podręcznikami na kolanach. Charles zabronił jej tego związku. Powiedział to wprost, bez ozdób. Wierzył, że syn zrujnuje sobie przyszłość przez kobietę bez żadnych koneksji, bez statusu, bez miejsca w ich świecie.
Następnie Andrzej zginął w wypadku samochodowym.
Dwa miesiące później Linda zniknęła.