Wdzięczność to dług, który spłaca się w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem w najbardziej przerażający sposób. Mam na imię Clara. Od trzech lat moim światem jest nocna zmiana w laboratorium szpitalnym w środkowym Meksyku. Wyjście o trzeciej nad ranem to jak spacer przez miasto cieni, gdzie ciszę przerywa jedynie odległe wycie syren. Tam poznałam Silasa. Zawsze stał przy wyjściu ewakuacyjnym, owinięty w niebieską parkę, która zdawała się być częścią jego skóry.
Przez dziewięćdziesiąt dni moja rutyna wyglądała tak samo: kanapka z indykiem, gorąca kawa i minuta wspólnej ciszy. Inni lekarze i pielęgniarki przechodzili obok niego, jakby był powietrzem, ale ja widziałem jego oczy. Były to oczy, które widziały zbyt wiele, oczy, które nie pasowały do otaczającego go śmietnika. Powiedział mi, że tylko ja „widziałem powietrze”. Uważałem go za miłego staruszka o nieco ekscentrycznym umyśle.