Anna przez kilka sekund milczała. W ciemności było słychać tylko ich oddechy.
— Właśnie o tym mówię, Piotr — powiedziała cicho. — Oni nie proszą. Nie dlatego, że niczego nie potrzebują, ale dlatego, że nie chcą stawiać nas w niezręcznej sytuacji. Są przyzwyczajeni, że radzą sobie sami.
Piotr przez chwilę nie odpowiadał. Poruszył się niespokojnie na poduszce.
— Nie rozumiem, do czego zmierzasz — mruknął w końcu.
— Zmierzam do tego, że jesteś hojny tylko wtedy, gdy to nie jest naprawdę twoje poświęcenie.
— Jak to? — podniósł się lekko.
— Prosto. Rozdajesz pieniądze, ale to nie są twoje pieniądze. To nasze pieniądze. A właściwie… w większości moje.
Słowa zawisły w powietrzu.
Piotr odwrócił się na plecy i przez chwilę patrzył w sufit.