„Będziesz karany, dopóki nie przeprosisz macochy”

Łzy napłynęły mi do oczu, ale je przełknąłem.

„Tak… Muszę się stąd wydostać”.

Dał mi najtańszy bilet – prywatny pociąg, zimny wagon, bez miejsc siedzących. Ale dla mnie to była brama do wolności. W pociągu ściskałam plecak jak kamizelkę ratunkową i zamknęłam oczy. Nie miałam celu podróży, ale miałam początek.

Kilka godzin później wysiadałam w małym, cichym miasteczku, gdzie ludzie wciąż witali mnie na ulicy. Błąkałam się bez celu, aż trafiłam do schroniska dla młodzieży w trudnej sytuacji. Nie wiem, czy to był los, czy ostatni łut szczęścia, ale tam znalazłam pierwsze drzwi, które nie zatrzasnęły mi się przed nosem.