Ricardo nawet nie oderwał wzroku od ekranu.
—Nie ma wyjątków.
—Mówi, że będziesz chciał z nią porozmawiać.
—Wszyscy to mówią.
Asystent zawahał się, czując się nieswojo, jakby następne zdanie było kluczem.
—Wspomniał o… mleku.
Ricardo podniósł głowę.
To słowo przywróciło go do rzeczywistości: zimno, zwinięty karton, ogromne oczy, obietnica wypowiedziana niczym przysięga. Poczuł pustkę w żołądku, nie ze strachu, ale ze wspomnień.
„Wpuść go” – powiedział i po raz pierwszy od dłuższego czasu jego głos zabrzmiał nie jak rozkaz, lecz jak konieczność.
Kobieta weszła pewnym krokiem. Włosy miała związane, miała na sobie prosty płaszcz i pod pachą niosła teczkę. Jej pewność siebie wypływała z wnętrza, nie z ubrania. Ale było coś jeszcze: w jej oczach tlił się spokój, który poznaje się dopiero wtedy, gdy przetrwa się rzeczy, których inni nawet sobie nie wyobrażają.
„Dzień dobry, panie Valdés. Nazywam się dr María Hernández” – powiedziała. „Nie wiem, czy mnie pan pamięta”.
Ricardo spojrzał na nią jak na układankę, która w końcu do siebie pasuje. Tak. Rozpoznał ją, mimo że dziewczyna zniknęła lata temu. Było coś w sposobie, w jaki patrzyła na niego, jak ktoś, kto nie przeprasza za swoje istnienie.
„Byłaś tylko dziewczyną” – mruknął.