Była późna lutowa noc w Mexico City, jedna z tych nocy, kiedy chłód nie uderza cię prosto w twarz, lecz wsiąka pod ubranie niczym uporczywa dłoń i zostaje tam, wczepiając się w kości. Niedawno mżyło. Chodnik lśnił od czarnych kałuż, gdzie żółte latarnie migotały niczym zmęczone gwiazdy. Ludzie szli szybko, z szyjami schowanymi w szalikach, a ich świat ograniczał się do powrotu do domu. Nikt na nikogo nie patrzył. Nikt się nie zatrzymywał.
Ricardo Valdés opuścił szklany budynek niczym ktoś schodzący z ringu bokserskiego. Nienaganny garnitur, ciężki zegarek, telefon komórkowy wibrujący od wiadomości wymagających natychmiastowej reakcji. Był człowiekiem przyzwyczajonym do tego, że wszystko się zmienia: ziemia, wspólnicy, testamenty. W gazetach nazywano go „wizjonerem”. W kuluarach konkurencji – „bezwzględnym”. Nie kwestionował żadnej z tych etykietek. Zbudował Grupo Valdés na trudnych decyzjach i zasadzie, którą powtarzał jak mantrę: kto się waha, przegrywa.
Chciał już przejść przez ulicę w kierunku ciężarówki, gdy usłyszał cichy głos, niemal zagłuszony przez hałas samochodów.