Za wysokimi oknami rezydencji wiatr szarpał cyprysy, ich gałęzie drapały z ledwie słyszalnym szelestem o kamienne ściany, jak niespokojne paznokcie. Był późny październik w Sandomierzu, ten rodzaj chłodu, który wkrada się bez zapowiedzi. Dom, ogromny i pełen ech, tej nocy wydawał się wyjątkowo pusty.
Leżał wyciągnięty na kremowej sofie w salonie, z ramieniem luźno opadającym na pierś, buty miał na nogach, jakby padł z wyczerpania. Jego srebrne włosy opadały na czoło, starannie nieuporządkowane. Jedno oko było otwarte w najwęższej szparki.
Usłyszał ją, zanim ją zobaczył.
Miękki stuk gumowych kapci o wypolerowane drewno.
Pauza.
Lekki, urywany oddech.
Zatrzymała się.
Dobrze, pomyślał. Oczywiście, że się zatrzymała.
Niemal widział jej odbicie w oszklonej witrynie naprzeciwko — zarys szczupłej sylwetki, osiemnastoletniej dziewczyny z ciemnymi włosami związanymi w luźny warkocz. Lena Nowak. Córka Róży, która sprzątała ten dom przez prawie dwadzieścia lat.