W kolejnych dniach Marian przychodził każdego ranka, punktualnie o ósmej, z notesem pełnym szkiców i notatek. Rysował w nim ćwiczenia, opisywał pozycje, zapisywał motywacje. Carolina patrzyła na niego z gorzkim uśmiechem. Trudno było uwierzyć, że dziecko, które nie ma nawet pieniędzy na nową parę butów, może jej pomóc tam, gdzie zawiedli słynni lekarze.
A jednak coś w jego sposobie mówienia ją poruszyło. Każde słowo płynęło z czystego źródła, z prostej wiary – że nic nie jest niemożliwe, jeśli się nie poddaje.
Na początku ćwiczenia wydawały się torturą. Jej mięśnie drżały, pot lał się po czole, a ból nieustannie przypominał jej o kruchości ciała. Ale Marian była przy niej, dzień po dniu, z szerokim uśmiechem i gotowym żartem:
— Ten ból to dobry znak, proszę pani. Tak właśnie życie budzi się do życia.
Minęły dwa miesiące. Carolina już czuła różnicę. Może to tylko jej wyobraźnia, ale pewnego ranka poczuła lekkie mrowienie w podeszwie stopy. Kiedy powiedziała o tym Marianowi, chłopak o mało nie podskoczył z radości.
— Mówiłem ci! To nie magia, to praca i wiara.