Znów płakałam, ale łzy nie były już rozpaczą, lecz ulgą. Po dniach zimna, głodu i strachu ktoś o mnie pamiętał. Ktoś zaakceptował mnie taką, jaka byłam, bez pytań, bez osądzania.
Czas mijał. Z pomocą pani Marii – tak miała na imię ta kobieta o wielkiej duszy – donosiłam ciążę do końca. Zabierała mnie na wszystkie badania, uczyła gotować, szyć i dbać o siebie. Kiedy rodziłam, była przy mnie. Trzymała mnie za rękę i mówiła, że od teraz wszystko będzie dobrze.
Nadałam mu imię Andriej, po mężu, który zmarł lata temu. Uśmiechnęła się i powiedziała, że to najpiękniejszy dar, jaki kiedykolwiek dostała.