Spojrzałem w dół. Chleb leżał na betonie — blady, suchy, lekko popękany na skórce. Wylądował obok ślady błotnistego buta. Kilka minut temu nazywałem to śmieciem. Ale to nie było śmieciem. To była ciepła miłość, która nigdy nie dotarła do matczynego żołądka.
To był głód przebrany za miłość. To była ofiara. Po drugiej stronie dziedzińca moja torba na lunch spoczywała na ławce — gładka skórzana torba, ciemna i błyszcząca, moje inicjały wytłoczone złotymi literami. W środku były warstwy obfitości: kanapki z ciabattą wypełnione pieczonymi warzywami oraz importowanym serem, schłodzona butelka soku mango z Hiszpanii, czekolada owinięta w złoty foil.
Zapachniało lekko słodko po otwarciu. Pomagała mi w tym codziennie gospodyni. Moja matka pewnie nie wiedziała, co się w niej znajduje.
Nie wiedziała też, co się kryło we mnie. Nazywam się Ethan Walker. Mój ojciec uścisnął rękę gubernatorom i pojawiał się na ekranach telewizorów. Moja matka prowadziła luksusowe spa, w których kryształowe żyrandole błyszczały, a fontanny szumiały w marmurowych lobby.
Noszę limitowane edycje sneakersów, zanim ktokolwiek inny. Mój telefon zawsze był najnowszym modelem, zawsze aktualizowanym. Mieszkałem w willi z tak dużymi sufitami, że mój głos powracał, gdy krzyczałem. Ale nikt nie był tam, by to usłyszeć.
W szkole wypełniałem tę pustkę hałasem. A Lucas Miller był moim ulubionym celem. Lucas — biedny chłopak na stypendium. Jego mundurek był wytarty od wielu prań. Rękawy były lekko za krótkie, odsłaniając nadgarstki, które wyglądały na zbyt cienkie. Jego plecak był rozdarty na szwach.