Jego brązowa torba na lunch zawsze była pomięta, plamiona tłuszczem, które opowiadały historie prostych posiłków. Każde przerwy odprawiałem ten sam rytuał. Chwytałem torbę z jego dłoni. Wskakiwałem na stół. Podnosiłem ją wysoko.
„Zobaczmy, co przyniósł dziś chłopak z pomocy społecznej!” Śmiech rozchodził się. Lucas nigdy się nie bronił. To ułatwiało sprawę. Po prostu stał tam, oczy błyszczące, szczęka napięta, znosząc to jak złą pogodę.

Dramatycznie wysypałem jego jedzenie — dojrzały banan z ciemnymi plamami, zimny ryż zbity w jedną kulę, czasami nie więcej niż krakersy owinięte w serwetkę. Potem wrzucałem to do kosza i odchodziłem, żeby kupić pizzę z mojej nieograniczonej karty stołówkowej.