Czasem strach nie przychodzi z hałasem — wkrada się cicho, niemal uprzejmie.

Łukasz uśmiechnął się smutno, prawie jak dorosły. — Nie chciałem was przestraszyć — powiedział. — Chciałem tylko jeszcze raz tu zasnąć. Jak dawniej. Policjanci spojrzeli po sobie. Jeden z nich powoli zdjął czapkę. — Wezwę lekarza — powiedział cicho. — I specjalistę. — Nie trzeba — odpowiedziałam. — On nie jest chory. Wstałam i podeszłam bliżej, bardzo ostrożnie, jakby bała się, że zniknie.

— Przepraszam — powiedziałam, a łzy wreszcie popłynęły. — Myślałam, że jeśli zapomnę… będzie mniej bolało. Łukasz pokręcił głową. — Wiem. Nie zapomniałaś. Po prostu bałaś się pamiętać. Spojrzał na Filipa. — Ty jesteś prawdziwy — powiedział. — Tobie się udało. Filip zrobił krok do przodu.

— Ty… odejdziesz? Łukasz spojrzał na mnie. W jego oczach był spokój. — Teraz — tak. Lampka nocna zamigotała. Światło stało się słabsze, miękkie. Pokój jakby powoli rozpuszczał się w powietrzu — nie gwałtownie, nie strasznie, lecz jak sen o świcie. — Zawsze tu byłem — powiedział Łukasz. — Tylko nie byłaś gotowa mnie zobaczyć. Położył się, zamknął oczy — i łóżko było puste.