Powoli wstałam. Podłoga skrzypiała pod stopami. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę w piersi.
„Twój ojciec wiedział, co robi” — powiedziałam spokojnie. „Kochał cię. Ale znał mnie.”
Andrzej spojrzał na mnie jak na obcą. Może dlatego, że po raz pierwszy naprawdę byłam obca.
Wyszłam z budynku, nie oglądając się za siebie. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale mnie nie zachwiało. W kolejnych dniach zamykałam drzwi, otwierałam nowe. Sprzedawałam to, czego już nie potrzebowałam. Zachowałam dom, w którym śmiałam się z Maksymilianem. Inwestowałam w proste rzeczy: ludzi, pomysły, spokój.
Pewnego ranka poszłam na cmentarz z bukietem czerwonych kwiatów. Usiadłam na ławce i uśmiechnęłam się.
„Miałeś rację” — wyszeptałam. „Czasem trzeba pozwolić im wierzyć, że wygrali.”
Słońce ogrzewało zimny marmur. Wstałam prosto, w mojej czerwonej sukni.
I odeszłam dalej, wiedząc dokładnie, kim jestem.