Do mojej piekarni wszedł głodny chłopiec i poprosił o czerstwe bułki.

W każdy weekend odwiedzałem Mirandę. Czasem spała. A czasem miała dość sił, żeby usiąść i odgarnąć Marcowi włosy z czoła, kiedy opowiadał jej o szkole.

Powoli odzyskiwał kolor i po kilku miesiącach Chad, główny onkolog, wziął mnie na stronę.

„Lily, Miranda reaguje na leczenie” – powiedział. „Postępuje powoli, ale jesteśmy ostrożnie optymistyczni”.

W końcu Miranda znowu zaczęła chodzić. Najpierw wokół sali szpitalnej, potem korytarzem z pielęgniarką u boku. Marco płakał tego dnia, kiedy wstał o własnych siłach. Ja też płakałam.

Został ze mną prawie dwa i pół roku. Wyrósł, stał się głośniejszy i zabawniejszy. Kiedy sąd przywrócił Mirandzie prawa rodzicielskie, miał prawie 15 lat.

Świętowaliśmy w piekarni, w powietrzu unosił się zapach cukru i śmiechu. Podałem jej papierową torbę z ciepłymi czekoladowymi ciastkami.

„Nie zapomnij o mnie” – zadrwiłam.

„Nigdy bym nie mógł. Uratowałaś nas, ciociu Angel” – powiedział.