Do mojej piekarni wszedł głodny chłopiec i poprosił o czerstwe bułki.

Nie wszedł do środka do końca. Po prostu unosił się w drzwiach, jedną nogą na macie, a drugą wciąż na zewnątrz, jakby nie był pewien, czy wolno mu przekroczyć próg.

Przez długą sekundę milczał. Wpatrywał się tylko w podłogę, jakby linoleum kryło odpowiedź na pytanie, którego bał się zadać.

Potem przemówił.

„Proszę pani” – powiedział cicho. „Jeśli zostało pani trochę czerstwego chleba albo suchych bułek… czy mógłbym prosić? Niewiele dziś jadłem i w brzuchu mi… burczy”.

Powiedział to tak, jakby ćwiczył to setki razy. Jakby pytał wcześniej, może nawet za dużo razy. I zawsze z tym samym cichym strachem przed tym, jaka może być odpowiedź.

Powinnam była go zapytać, skąd się wziął. Powinnam była go zapytać, dlaczego jest sam, dlaczego jego ubrania są za małe i dlaczego jego słowa są zbyt ostrożne i wyrachowane jak na dziecko.

Ale jedyne, co mogłam pomyśleć, to: O mój Boże, to tylko dziecko. I umiera z głodu.