Przez sekundę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Było coś w sposobie, w jaki zapytał, tak delikatnie i ostrożnie, jakby przepraszał za samą swoją obecność, co sprawiło, że ścisnęło mnie w gardle. Nie chodziło tylko o słowa.
Chodziło o sposób, w jaki jego palce wczepiały się w rękawy kurtki i o to, że nie odrywał wzroku od podłogi.
Wyszłam zza lady i wytarłam ręce o fartuch, starając się brzmieć spokojnie.
„Kochanie” – powiedziałam delikatnie. „Chodź, usiądź tu. Jest o wiele cieplej”.