Do mojej piekarni wszedł głodny chłopiec i poprosił o czerstwe bułki.

Przez sekundę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Było coś w sposobie, w jaki zapytał, tak delikatnie i ostrożnie, jakby przepraszał za samą swoją obecność, co sprawiło, że ścisnęło mnie w gardle. Nie chodziło tylko o słowa.

Chodziło o sposób, w jaki jego palce wczepiały się w rękawy kurtki i o to, że nie odrywał wzroku od podłogi.

Wyszłam zza lady i wytarłam ręce o fartuch, starając się brzmieć spokojnie.

„Kochanie” – powiedziałam delikatnie. „Chodź, usiądź tu. Jest o wiele cieplej”.

Zamrugał, patrząc na mnie niepewnie. Jego wyraz twarzy był nieodgadniony, jakby nie wiedział, czy to pułapka. W końcu podszedł do małego stolika przy kaloryferze, poruszając się powoli, jakby spodziewał się, że ktoś go zatrzyma.

Przygotowałam mu filiżankę gorącej czekolady, dobrej, z bitą śmietaną i cynamonem i postawiłam przed nim.

„Jestem Lily” – powiedziałam, starając się zachować pogodny ton. „Jak masz na imię?”