Miałem siedem lat, gdy mój ojczym, Tom Harris, zabrał mnie w ulewnym deszczu do domu moich dziadków w Portland.
Przez całą drogę panowała dziwna, ciężka cisza w samochodzie.
Tylko wycieraczki odważnie przerywały milczenie, przesuwając się tam i z powrotem z ciężkim skrzypieniem.
Oparłem czoło o zimną szybę, próbując zobaczyć, dokąd zmierzamy, ale na zewnątrz była tylko ulewa i rozmyte światła uliczne.
Moja matka siedziała sztywno na fotelu pasażera, palce drżały na jej kolanach.
Nie spojrzała na mnie.
Ani razu.
Kiedy w końcu samochód się zatrzymał, Tom wysiadł bez słowa i wyjął moją małą walizkę z bagażnika.
Moja matka nic nie zrobiła.
Czekałem, aż wysiądzie, powie coś, chwyci mnie za rękę.