Mihai tymczasem myślał, że jego życie dopiero się zaczyna. Ana nazywała go „kochanie”, wysyłała mu zdjęcia, obiecywała spokój. Ale ten spokój miał swoją cenę: drobne wyrzuty, zazdrość, oczekiwania. Pewnego wieczoru obudził się sam w kuchni z kieliszkiem wina i zrozumiał, że nic nie jest takie samo bez dziecka biegającego po domu i kobiety, która bez słowa zostawiła mu do podgrzania jego ulubione jedzenie.
Lina już do niego nie dzwoniła. Już o nic go nie pytała. Już na niego nie czekała. Ale czasami widywał ją w przedszkolu – spokojną, pewną siebie, z tym nowym uśmiechem, którego już nie było dla niego.
Kilka miesięcy później nadszedł dzień rozprawy. Mihai przyszedł ze swoim prawnikiem, gotowy do podziału majątku. Kiedy sędzia poprosił o dokumenty, Lina starannie wyjęła je z niebieskiej teczki. Jego słowa zagłuszyły jego słowa. Wszystko, co uważał za swój majątek, zostało już prawnie załatwione. Dom, samochód, rachunki – wszystko było uporządkowane, przejrzyste i czyste.