Potem odwróciła się, wsiadła do samochodu i odjechała, zostawiając za sobą zapach i ciszę.
Nikt nie rozumiał, co się stało. Niektórzy myśleli, że to żart. Inni patrzyli na mnie, czekając, aż wybuchnę. Ale położyłam gazetę na kolanach, zamknęłam oczy i wiedziałam: to nie zemsta. To było rozstanie. Ostateczne.
Wieczorem, kiedy wszyscy już wyszli, siedziałam sama w ciszy sypialni. Obok mnie spał Radu, wyczerpany emocjami. Trzymałam gazetę w dłoni i płakałam. Nie z powodu pieniędzy. Nie z powodu domu. Ale z powodu tej przyjaźni, która dawno umarła, ale która, w dziwny sposób, właśnie została z godnością pogrzebana.
Tydzień później pojechałam do Braszowa. Adres tam był. To był mały, piękny dom z fioletowym bzem na podwórku. Sąsiadka z naprzeciwka, starsza kobieta w chuście na głowie, powiedziała mi, że „pani Hanna” wyjechała z kraju kilka miesięcy temu. Nie wiedziała dokąd. Ale wiedziała, że przychodziła codziennie i podlewała kwiaty.