Na parapecie, w doniczce, znalazłam małe pudełko. W środku stare zdjęcie nas dwojga, siedzących przy kominku i śmiejących się między kubkami kawy i paczkami makaronu. Na odwrocie widniał napis: „Za czasy, kiedy myślałam, że świat jest prosty, a serca się nie łamią”.
Wtedy zrozumiałam. Hanna nie uciekła ode mnie. Uciekła od siebie. Od wstydu po upadku, od niemożności ponownego proszenia o pomoc. Może moje pieniądze wyciągnęły ją z głębokiego dołka, może zmieniły jej życie… ale straciła coś o wiele cenniejszego: zaufanie.
Sprzedałam dom. Nie dla pieniędzy, ale dla spokoju. Za pieniądze kupiłam kawałek ziemi na obrzeżach Klużu i zbudowałam mały, biały domek z różami od frontu. Tam, w jednym z pokoi, umieściłam nasze oprawione zdjęcie, a obok niego świeczkę.
Czasami wieczorem, gdy wieje wiatr i unosi się zapach bzu, wydaje mi się, że słyszę jej śmiech. Nie wiem, czy to wspomnienie, czy gdzieś, daleko stąd, Hanna naprawdę się uśmiecha.