Czytałam je z zapartym tchem. Firma, o której mówili chłopcy, nie była już na nazwisko mojego męża od prawie trzech lat. Przeniesiona do prywatnego funduszu, na moje nazwisko, z jasnymi klauzulami: w przypadku śmierci – pełna i natychmiastowa kontrola dla mnie.
Niżej kolejny dokument. Długi medyczne. Przeniesione prawnie na firmę, nie na żonę. Wszystko było tu: opieczętowane, podpisane, zarejestrowane.
Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać. Nie ze smutku. Z ulgi.
Mój mąż wiedział. Wiedział, co zrobią jego dzieci. I mnie chronił.
Następnego ranka zadzwoniłam do prawnika. Tym razem uśmiechałam się.
Na ostatniej rozprawie sala była pełna. Stefan i Andrzej stali pewnie, już dyskutując, jakie samochody sobie kupią. Gdy prawnik odczytał dokumenty, kolor zniknął im z twarzy.
— Jak to możliwe, że firma już nie istnieje? — wyszeptał Andrzej.