Marianę wyprowadzono przed nas. Jej twarz była blada, ale nawet wtedy nie przeprosiła. Po prostu patrzyła na mnie z ślepą nienawiścią, jakby to była moja wina, że nie umarłam.
Kiedy wszyscy wyszli z domu, matka mnie przytuliła.
„Obiecałam ci, że będę cię chronić” – wyszeptała. „I nigdy nie złamałam obietnicy”.
Płakałam cicho jak dziecko.
W ciągu następnych dni wciąż wracałam myślami do momentu trzech dotknięć w ramię. Naszego kodu. Sygnału, który uratował mi życie.