Milioner bez zapowiedzi udał się do domku służącej... a to, co odkrył

Trzydzieści minut później czarny Mercedes-Benz powoli sunął po nieutwardzonych ulicach, omijając kałuże, bezpańskie psy i bose dzieci. Domy były małe i skromne, pomalowane skrawkami farby w różnych kolorach. Niektórzy sąsiedzi wpatrywali się w samochód, jakby na środku osiedla wylądował UFO. Roberto wysiadł z samochodu w swoim szytym na miarę garniturze, a jego szwajcarski zegarek lśnił w słońcu. Czuł się nieswojo, ale zamaskował to, unosząc brodę i idąc pewnym krokiem. Dotarł do wyblakłego, niebieskiego domu z popękanymi drewnianymi drzwiami i ledwo widocznym numerem 847.

Zapukał mocno. Cisza. Potem głosy dzieci, pospieszne kroki, płacz dziecka. Drzwi powoli się otworzyły.

Kobieta, która się pojawiła, nie była nieskazitelną Marią Eleną, którą widywał każdego ranka w biurze. Wpadając do środka, w poplamionym fartuchu, z rozczochranymi włosami i cieniami pod oczami przypominającymi blizny, Maria Elena zamarła, widząc w drzwiach swojego szefa.

„Pan Mendoza?” W jej głosie słychać było nutę strachu.