Po rozmowie kobieta oprowadziła ją po domu. Wszystko było idealnie uporządkowane, ale zimne i martwe. Białe ściany, ciężkie zasłony, zapach starego drewna – zdawały się kryć historie, których nikt już nie opowiadał.
W kącie Elena dostrzegła mężczyznę w niebieskim kombinezonie, z czapką naciągniętą na oczy, który otrzepywał kurz z obrazów. – To Dorel, nasz majster – powiedziała pani Marinescu, nie zatrzymując się.
Elena uśmiechnęła się do niej, idąc, a mężczyzna odpowiedział jej krótko, nie podnosząc wzroku.
Dopiero później dowiedziała się, że ten „Dorel” to w rzeczywistości Radu Bălan, właściciel willi.
Pierwszy dzień pracy Eleny minął z trudem. Luca siedział w odosobnieniu, bawiąc się samotnie klockami. Nie odzywał się, ale od czasu do czasu zerkał na nią przelotnie, jakby próbował ją zrozumieć.
Kiedy podeszła do niego z uśmiechem, dziecko schowało się za wózkiem inwalidzkim. Elena nie bała się. Usiadł na podłodze, w pewnej odległości, i zaczął cicho śpiewać starą piosenkę z dzieciństwa.
Po kilku minutach chłopiec odwrócił się do niej. Nic nie powiedział, ale schował kostki bliżej.