Pchnął stare drzwi domu. To długie skrzypnięcie wdarło się do jego duszy. W środku unosił się zapach pleśni, gnijącego drewna, zmarnowanych lat.
„Nie stój tu ani chwili dłużej” – powiedział stanowczo.
„Ale dokąd jedziemy, Sebi?” – zapytał ojciec cichym głosem, tak obcym dla silnego mężczyzny z jego wspomnień.
„Do hotelu w Alba Iulia, najlepszego. Zadzwonię do swoich ludzi, tam się zatrzymasz. A jutro rano…”
Przerwał. Spojrzał jeszcze raz na dom. Potem na niebo.
„Jutro rano wszystko zburzymy i odbudujemy.”
Matka spojrzała na niego ze zdumieniem.
„Ty… ty osobiście?”
„Ja osobiście. I poważny zespół, któremu zapłacę na miejscu, a nie z obietnic.”
Kiedy dotarli do samochodu, Sebastian odwrócił się do rodziców i powiedział drżącym głosem:
„Jedno wam obiecuję. Ostatnim razem wysłałem wam pieniądze. Tym razem wysyłam wam osobiście.”
Ta chwila ich oboje załamała. Ojciec mocno go przytulił, a Maria kurczowo trzymała się jego ramienia jak matka odnajdująca swoje dziecko po latach.