Nie mógł wrócić do domu bez lekarstwa. Nie mógł znieść widoku Marii z trudem łapiącej oddech, z oczami mokrymi od bólu. Wiedział, że jego matka powie: „Odpuść sobie, będzie dobrze”, ale jej głos zawsze drżał, gdy to mówiła.
Tego dnia Luca podjął decyzję, która zaprowadziła go do luksusowej restauracji. Nie wiedział dokładnie, co tam robi, ale słyszał, że bogaci ludzie zostawiają duże napiwki temu, kto im śpiewa przy stolikach. Nie był pianistą ani artystą, ale miał głos. Zawsze śpiewał Marii, żeby ją uśpić. Śpiewał matce, żeby ukoić jej ciężkie noce. Śpiewał sam, na ulicy, kiedy chciał zapomnieć o swoich zmartwieniach.
Teraz jednak stał przed Radu, z żołądkiem ściśniętym, a wstyd gryzł go ze wszystkich stron.
Kiedy otworzył oczy, usłyszał go ponownie: