— Chodź, chłopcze! Nie mamy całego wieczoru!
Ten głos wbił mu gwóźdź w serce. Ale to właśnie on popchnął go do działania.
Luca przycisnął dłonie do znoszonych spodni i zaczął śpiewać cicho, niemal szeptem. Z początku się jąkał, głos mu drżał. Potem, powoli, coś ciepłego, znajomego pojawiło się w jego gardle. Piosenką była melodia, którą śpiewał Marii każdej nocy: stara doina, której nauczył się od babci.
Przy pierwszych dźwiękach ludzie ucichli. Głos chłopca był czysty, klarowny, pełen duszy. Każde słowo wydobywało się z głębokiej rany, ale przemieniało się w światło. Radu przestał się uśmiechać. Jego przyjaciele nie wydawali już żadnego dźwięku.
Doina płynęła niczym strumień gładkiej wody. Kobieta przy sąsiednim stoliku podniosła dłoń do ust. Starszy pan odłożył widelec. Kelner zatrzymał się w miejscu. Nawet pianista, który przygotowywał kolejną piosenkę, stał z palcami uniesionymi w powietrze.
Kiedy Luca podniósł wzrok, zobaczył ludzi z wilgotnymi oczami. Śpiewał, jakby po raz ostatni pozwolono mu użyć głosu.