Mama podniosła wzrok, jej oczy były zaczerwienione.
„Wszystko, synu… cokolwiek”.
„Nie jestem „synem” – powiedziałem spokojnie, ale z napięciem. Straciłeś to imię dwadzieścia jeden lat temu.
Widziałem, jak moje słowa ich ranią, ale nie żałowałem. To była prawda. A prawda boli.
Wstałem i wyjrzałem przez duże okno biura. Pode mną rozciągał się Bukareszt, pełen rogów, budynków i spieszących się ludzi. Świat, w którym nauczyłem się oddychać samodzielnie.
— Mogę wam dać 10 000 lei — powiedziałem im, nie odwracając się do nich. Ale pod jednym warunkiem: od dziś nie przychodźcie do mnie więcej. Nie szukajcie mnie więcej. Nie proście o nic więcej. To wszystko.