Słońce świeciło już na tyle jasno, że biała farba na bramce zabezpieczającej wyglądała groźnie.
Odbijało się od metalowych krat i szkła budki wartowniczej, a także od wypolerowanych butów gości, którzy przepływali obok mnie, machając powoli i z radością. Czyjś maluch machał maleńką chorągiewką tak mocno, że aż zatrzepotała w powietrzu. Emerytowany komendant w galowym mundurze poprawiał medale lekko drżącą ręką – wiek, duma, jedno i drugie. Kobieta w granatowej sukience letniej śmiała się do telefonu, jakby ten dzień był piknikiem, a nie ceremonią mającą na celu odmienienie czyjegoś życia.
Stałam nieruchomo po złej stronie kolejki, z zapiętym płaszczem i paskiem torby przewieszonym przez ramię, i patrzyłam, jak brama połyka wszystkich, którzy do niej należeli.
Dowodzący podoficer wściekle stukał w tablet, mrużąc oczy pod słońcem Wirginii. Jego szczęka zacisnęła się jak wtedy, gdy ktoś próbuje rozwiązać problem w obecności obcej osoby, nie przyznając się do istnienia problemu.
Nie chciał mnie znaleźć.